Czerwone dywany i ekrany kin przez dekady dyktowały nam kanony piękna. Początek lat dwutysięcznych oraz rozwój mediów społecznościowych przyniosły standaryzację wyglądu – gładkie czoła, wydatne kości policzkowe i pełne usta stały się swego rodzaju uniwersalnym „mundurkiem” każdej pięknej twarzy. Dziś jednak obserwujemy odwrót od tego kierunku.
W kuluarach wielkiego kina coraz głośniej mówi się o zmianie warty na szczycie. Zamiast przerysowanych rysów na czerwonych dywanach docenia się dziś wygląd wypoczęty i świeży, bez śladów agresywnych ingerencji. Jako przykład estetyki, która dziś zachwyca – naturalnej, zachowującej pełną mimikę i indywidualny charakter – coraz częściej przywołujemy aktorki formatu Emmy Stone czy Margot Robbie. To zarazem esencja nowego podejścia: jeśli decydujemy się na zabieg, to ma on działać jak niewidzialny filtr, który wydobywa potencjał i podkreśla twarz, zamiast tworzyć jej nową, sztuczną wersję.
Powrót do siebie, nie do młodości za wszelką cenę
Równolegle zjawisko, które media określają mianem filler fatigue (zmęczenia
wypełniaczami), skłania coraz więcej osób do powrotu do korzeni. Widać to u aktorek i modelek, które po latach otwarcie mówią m.in. o rozpuszczaniu nadmiaru kwasu hialuronowego i odrzucają presję bycia perfekcyjną według kanonu na rzecz zadbania o indywidualną urodę i potencjał.
– Zmiana, którą teraz obserwujemy, jest fascynująca i bardzo potrzebna – tłumaczy prof. Paweł Szychta. – Pacjenci nie przychodzą już do gabinetu ze zdjęciem gwiazdy i prośbą o „taki sam nos czy usta”. Przychodzą ze swoim zdjęciem z wakacji, na którym wyglądają na wypoczętych i szczęśliwych, i mówią: „chcę się tak czuć na co dzień”.
Quiet Beauty to sztuka wydobywania tego, co w pacjencie już jest, a nie transformacji w kogoś innego.
Naturalność wymaga mistrzostwa
Quiet Beauty to również zmiana w technice pracy chirurgów plastycznych. Odchodzi się od punktowego „wypełniania zmarszczek” na rzecz holistycznego spojrzenia na anatomię twarzy, z uwagą na jakość skóry i napięcie tkankowe. Chodzi oczywiście o zachowanie mimiki, ale także drobnych asymetrii, które nadają twarzy charakter.
– Nasza twarz to nasza historia. Wymazywanie z niej każdego doświadczenia czy emocji sprawia, że tracimy to, co w nas najbardziej intrygujące – podkreśla prof. Szychta. – Rolą nowoczesnej medycyny nie jest tworzenie człowieka na nowo, ale mądre towarzyszenie procesowi starzenia. Cały czas doskonalimy nowe techniki operacyjne m.in. po to, by pacjent był po prostu najlepszą wersją samego siebie.
Paradoks polega na tym, że naturalny efekt jest znacznie trudniejszy do osiągnięcia niż spektakularna, lecz widoczna na pierwszy rzut oka metamorfoza chirurgiczna. Operacja, której celem jest wydobycie potencjału i naturalnego piękna, nie wybacza błędów: wymaga precyzyjnej znajomości anatomii, wyczucia indywidualnych proporcji i doświadczenia zdobywanego przez lata praktyki.
– To pozorny paradoks: im bardziej naturalny ma być rezultat, tym większych kompetencji wymaga zabieg – wyjaśnia prof. Szychta. – Za „niewidzialnym” efektem stoją lata nauki, tysiące zabiegów i nieustanne doskonalenie najnowszych technik. Dobry specjalista nigdy nie przestaje się kształcić, bo chirurgia plastyczna pędzi do przodu, tak samo jak oczekiwania i marzenia pacjentów, które w naszej branży mamy przyjemność spełniać.
Zobacz także:
- Ten kosmetyk z Hebe znika z półek przed wakacjami. Trudno się dziwić
- Zabieg bankietowy bez wychodzenia z domu? Sprawdź, jak zafundować skórze ekspresowy beauty boost przed wielkim wyjściem
- Ozempic uciszył coś więcej niż apetyt. „Pierwszy raz od 30 lat nie myślę o tylko jedzeniu”





