Jeszcze kilka lat temu wielu kibiców mogło pomyśleć, że Maja Chwalińska po prostu zniknęła. Nie wygrywała wielkich turniejów, nie pojawiała się na pierwszych stronach sportowych serwisów, nie była bohaterką głośnych wywiadów. Dziś jej nazwisko znów jest na ustach wszystkich. Po historycznym sukcesie na kortach Rolanda Garrosa zachwycają się nią kibice, komentatorzy i media. To piękna historia sportowego powrotu. Ale mam wrażenie, że nie tylko o sporcie warto w tym przypadku mówić najgłośniej.
Bo najciekawsze w historii Mai Chwalińskiej wydarzyło się dużo wcześniej. W momencie, kiedy odważyła się zrobić coś, czego nie uczą ani trenerzy, ani poradniki motywacyjne – zatrzymała się.
Kultura sukcesu uwielbia historie o walce
Żyjemy w czasach, które premiują wytrzymałość. W mediach społecznościowych podziwiamy ludzi, którzy śpią po pięć godzin, prowadzą trzy firmy, wychowują dzieci, trenują maratony i jeszcze znajdują czas na rozwój osobisty. Kultura sukcesu uwielbia historie o walce. O zaciskaniu zębów i ludziach, którzy mimo przeciwności nigdy się nie poddali.
Znacznie rzadziej opowiadamy historie tych, którzy w pewnym momencie powiedzieli: „Nie daję rady”.
A przecież właśnie to zrobiła Maja Chwalińska. W wywiadach otwarcie mówiła o depresji, z którą zmagała się przez kilka lat. Przyznawała, że tenis przestał dawać jej radość, a kolejne treningi i turnieje były źródłem ogromnego stresu. Dla wielu osób mogło to być zaskoczenie. W końcu patrzymy na zawodowych sportowców jak na ludzi o nadludzkiej odporności psychicznej. Widzimy ich podczas meczów, gdy walczą o każdy punkt, wracają po kontuzjach i wytrzymują presję, której większość z nas nie doświadczy nigdy w życiu.
Zapominamy jednak, że pod sportowym strojem kryje się zwykły człowiek
To zresztą problem znacznie szerszy niż sport. W ostatnich latach coraz więcej kobiet mówi o tym, że zmęczenie stało się ich stanem domyślnym. Są zmęczone pracą, obowiązkami, oczekiwaniami, które same sobie stawiają i które stawia przed nimi świat. Paradoksalnie jednak rzadko pozwalają sobie na słabość. Bo słabość wciąż jest czymś, czego się wstydzimy.
Mamy być zaradne, radzić sobie ze wszystkim, ogarniać. A jeśli nie dajemy rady? Wtedy często próbujemy jeszcze bardziej.
Nie daję rady to powód do wstydu
Historia Mai Chwalińskiej pokazuje coś zupełnie innego. Pokazuje, że czasami największą odwagą nie jest dalsza walka. Największą odwagą jest przyznanie, że potrzebujemy pomocy.
Nie bez powodu psychologowie powtarzają, że jednym z najtrudniejszych zdań do wypowiedzenia jest właśnie to: „Nie daję rady”. Dla osób ambitnych, przyzwyczajonych do osiągania celów i spełniania oczekiwań, bywa ono wręcz niewyobrażalne. Tymczasem często dopiero od tego momentu zaczyna się zdrowienie.
Świat uwielbia historie wielkich powrotów. Wzruszamy się, kiedy ktoś po latach kryzysu wraca na szczyt. Kibicujemy, oglądamy finały, udostępniamy zdjęcia zwycięzców. Znacznie mniej uwagi poświęcamy temu, co wydarzyło się pomiędzy. Miesiącom terapii. Dniom, kiedy trudno było wstać z łóżka. Chwilom zwątpienia. Małym krokom, których nie pokazują kamery. A przecież to właśnie tam rozgrywa się najważniejsza część każdej historii.
Być może dlatego sukces Mai Chwalińskiej tak bardzo porusza. Nie dlatego, że awansowała do finału wielkiego turnieju. Takich sportowych historii było już wiele. Porusza dlatego, że przypomina nam o czymś, o czym bardzo często zapominamy.
Że człowiek nie jest maszyną, że odpoczynek nie jest oznaką porażki, a terapia nie jest słabością. Czasami trzeba zrobić krok w tył, żeby po latach móc wykonać kilka kroków do przodu.
Nie każda z nas zostanie zawodową tenisistką, odniesie sukces w sporcie. Nie każda będzie walczyć o wielkoszlemowy finał. Ale większość z nas zna uczucie przeciążenia, presji i zmęczenia. Większość z nas choć raz miała poczucie, że świat oczekuje od niej więcej, niż jest w stanie dać.
Dlatego historia Mai Chwalińskiej jest czymś więcej niż sportową opowieścią. To przypomnienie, że czasem najważniejsze zwycięstwa nie mają nic wspólnego z medalami, pucharami i rankingami.
Czasem największym zwycięstwem jest odzyskanie siebie.
Zobacz także:
- Kiedy piękno zaczyna męczyć. Bycie zadbaną kobietą to praca na pół etatu
- Życie w trybie przetrwania. Stan, w którym funkcjonuje coraz więcej kobiet
- Zapytałyśmy kobiety, które skończyły 50 lat, czy jest coś, czego żałują w życiu. Oto, co powiedziały





