Traumy, które pozostawili nam w spadku rodzice. Ile łatwiej byłoby bez nich żyć

Nie odziedziczyliśmy po rodzicach wyłącznie wyglądu czy charakteru. Wielu z nas nosi w sobie także lęki, przekonania i emocjonalne rany, które wpływają na związki, pracę i poczucie własnej wartości. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, skąd się wzięły.

Dopiero po trzydziestce, a czasem nawet po czterdziestce zaczynamy zauważać, że nie wszystkie nasze reakcje należą wyłącznie do nas. Kłótnia z partnerem kończy się tym samym milczeniem, które pamiętamy z rodzinnego domu. Krytyka szefa boli bardziej, niż powinna, bo przecież nic takiego nie powiedział. Z trudem prosimy o pomoc, choć sami bez wahania pomagamy innym. Czujemy się odpowiedzialne za emocje wszystkich wokół, a odpoczynek wciąż wydaje się czymś, na co trzeba sobie zasłużyć.

Za bardzo wrażliwe?

Przez lata myślałyśmy, że takie po prostu jesteśmy. Ambitne, wrażliwe, nadmiernie ostrożne, perfekcyjne albo wiecznie przepraszające za swoje potrzeby. Dopiero psychologia ostatnich lat zaczęła głośno mówić o tym, że wiele z tych cech może mieć swoje źródło nie w charakterze, lecz w doświadczeniach wyniesionych z dzieciństwa.

Nie chodzi przy tym o spektakularne traumy, które łatwo rozpoznać i nazwać. Coraz częściej mówi się o tych znacznie bardziej subtelnych. O domu, w którym niczego nie brakowało, ale o emocjach rozmawiało się rzadko. Rodzicach, którzy kochali, lecz jednocześnie stawiali bardzo wysokie wymagania. Czy rodzinach, w których nie było przemocy ani uzależnień, ale było za to przekonanie, że dziecko powinno być grzeczne, wdzięczne i nie sprawiać problemów.

Niewidzialne traumy

To właśnie takie doświadczenia psychologowie określają dziś mianem niewidzialnych ran dzieciństwa. Nie zostawiają śladów, które można pokazać światu, ale często towarzyszą nam przez całe dorosłe życie.

Jednym z najczęściej opisywanych „spadków” po poprzednich pokoleniach jest przekonanie, że na miłość i akceptację trzeba zasłużyć. Kobiety wychowane w domach, w których szczególnie ceniono osiągnięcia, bardzo często stają się dorosłymi perfekcjonistkami. Są świetnie zorganizowane, odpowiedzialne i skuteczne. Na zewnątrz wszystko wygląda imponująco. W środku nieustannie towarzyszy im jednak poczucie, że powinny robić więcej, starać się bardziej i nigdy nie mogą pozwolić sobie na błąd.

Podobnie działa przekonanie, że potrzeby innych są ważniejsze od własnych. Wiele kobiet dorastało w domach, gdzie poświęcenie było traktowane jak najwyższa wartość. Mama zawsze stawiała rodzinę na pierwszym miejscu. Nie odpoczywała, nie narzekała, nie prosiła o pomoc. Była silna. Problem polega na tym, że córki często przejęły ten wzorzec razem ze wszystkimi jego konsekwencjami. Dziś świetnie opiekują się dziećmi, partnerami, rodzicami i współpracownikami, ale nie potrafią odpowiedzieć na proste pytanie o własne potrzeby.

Coraz częściej mówi się także o dziedziczeniu lęku. Pokolenie naszych rodziców i dziadków dorastało w zupełnie innych realiach niż my. Niedobory, niepewność ekonomiczna, społeczne oczekiwania czy konieczność podporządkowania się określonym normom pozostawiły ślad nie tylko w ich biografiach, ale również w sposobie wychowywania dzieci. Stąd bierze się między innymi lęk przed ryzykiem, obsesyjne zabezpieczanie przyszłości czy przekonanie, że stabilność jest ważniejsza od szczęścia.

Nie obwiniaj o to rodziców

Nie oznacza to oczywiście, że rodzice świadomie przekazali nam coś złego. Wręcz przeciwnie. Większość z nich robiła wszystko najlepiej, jak potrafiła. Problem polega na tym, że każdy wychowuje dzieci z poziomu własnych doświadczeń. Trudno nauczyć kogoś swobodnego wyrażania emocji, jeśli samemu nigdy nie miało się do tego przestrzeni. Trudno budować poczucie własnej wartości dziecka, jeśli przez całe życie walczyło się z własnymi kompleksami.

Dlatego współczesna psychologia coraz rzadziej zachęca do szukania winnych, a coraz częściej do przyglądania się schematom. Nie po to, by rozliczać rodziców, ale by lepiej zrozumieć siebie. Prawda jest taka, że kiedy zaczynamy dostrzegać, skąd biorą się nasze reakcje, łatwiej zdecydować, które z nich chcemy zatrzymać, a które zakończyć na własnym pokoleniu.

Być może właśnie na tym polega jedna z najważniejszych zmian, jakie zachodzą dziś w podejściu do rodzicielstwa i rozwoju osobistego. Nie próbujemy już być idealnymi córkami i synami. Coraz częściej chcemy być po prostu świadomymi ludźmi. Takimi, które potrafią odróżnić własny głos od głosów odziedziczonych po poprzednich pokoleniach.

Zobacz także:


Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj swoje zdanie na ten temat

Twój mail nie zostanie nigdzie opublikowany