Kiedy piękno zaczyna męczyć. Bycie zadbaną kobietą to praca na pół etatu

Dbanie o siebie miało być formą troski i przyjemności. Tymczasem dla wielu kobiet coraz częściej przypomina kolejną listę obowiązków. Kosmetyki, zabiegi, suplementy, zdrowa dieta, treningi i nieustanne porady ekspertów sprawiają, że bycie „zadbaną” zaczyna przypominać pracę na pół etatu.

Kilka tygodni temu rozmawiałam ze znajomą, która właśnie wróciła z urlopu. Nie opowiadała o hotelu, plaży ani jedzeniu. Zamiast tego śmiała się, że pierwszy raz od wielu lat przez dwa tygodnie nie myślała o swojej skórze.

Nie nakładała serum. Nie sprawdzała, czy skończył się krem z filtrem. Nie zastanawiała się, czy powinna już umówić wizytę u fryzjera. Nie śledziła nowych trendów pielęgnacyjnych. „To było niesamowicie uwalniające” – powiedziała.

Zmęczone troską o własne ciało

Pamiętam, że wtedy pomyślałam, jak dziwnie brzmi zdanie o odpoczynku od dbania o siebie. Przecież pielęgnacja miała być przyjemnością, formą troski. Chwilą tylko dla nas. A jednak coraz więcej kobiet mówi dziś o zmęczeniu, które nie wynika z pracy zawodowej, opieki nad dziećmi czy codziennych obowiązków. Są zmęczone nieustannym zajmowaniem się własnym ciałem.

To jedno z tych doświadczeń, o których rzadko rozmawiamy wprost. Łatwiej przyznać się do przeciążenia pracą niż do tego, że mamy dość kolejnych zaleceń dotyczących wyglądu, zdrowia i starzenia się. Tymczasem współczesna kobieta funkcjonuje w rzeczywistości, w której troska o siebie coraz częściej przypomina pełnoetatowe zajęcie.

„Jednostopniowa” pielęgnacja

Jeszcze kilkanaście lat temu pielęgnacja była znacznie prostsza. W łazience stał krem do twarzy, szampon i kilka podstawowych kosmetyków. Dziś przeciętna kobieta zna nazwy składników aktywnych, potrafi odróżnić retinol od retinalu, śledzi premiery kosmetyczne, słucha podcastów o zdrowiu hormonalnym i wie, że sam krem już nie wystarczy. Trzeba jeszcze zadbać o sen, mikrobiom, poziom stresu, suplementację, nawodnienie, aktywność fizyczną i odpowiednią ilość białka w diecie.

Każda z tych rzeczy osobno brzmi rozsądnie. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy je sumować.

Zmęczone beauty burnout

W pewnym momencie okazuje się, że bycie „zadbaną kobietą” wymaga nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim czasu i energii. Trzeba pamiętać o wizytach, zabiegach, badaniach, zakupach, wymianie kosmetyków, śledzeniu nowych rekomendacji. Do tego dochodzi nieustanne podejmowanie decyzji. Który krem wybrać? Czy ten suplement naprawdę działa? Czy już powinnam stosować kolagen? A może to ostatni moment, żeby zacząć?

Nieprzypadkowo coraz częściej mówi się o zjawisku określanym jako beauty burnout – zmęczenie kulturą nieustannego ulepszania siebie. To poczucie, że niezależnie od tego, ile już robimy, zawsze znajdzie się kolejna rzecz, którą warto poprawić.

Media społecznościowe tylko wzmacniają to przekonanie. Jeszcze nigdy w historii kobiety nie miały tak łatwego dostępu do wiedzy o urodzie, zdrowiu i pielęgnacji. Paradoksalnie właśnie dlatego coraz częściej czują się przytłoczone. Każdego dnia dowiadujemy się o nowym sposobie na młodszy wygląd, lepszą skórę, zdrowsze włosy czy bardziej jędrne ciało. Nawet jeśli nie chcemy w tym uczestniczyć, trudno całkowicie odciąć się od komunikatu, że powinnyśmy robić więcej.

Czy każda zmarszczka wymaga interwencji?

Co ciekawe, coraz częściej bunt wobec tej presji nie przychodzi ze strony młodych kobiet, ale tych po czterdziestce i pięćdziesiątce. To one zaczynają zadawać pytania, które jeszcze kilka lat temu wydawały się niewygodne. Czy naprawdę muszę cały czas nad sobą pracować? Czy każda zmarszczka wymaga interwencji? Czy dbam o siebie dlatego, że sprawia mi to przyjemność, czy dlatego, że boję się przestać?

W tych pytaniach nie chodzi o rezygnację z pielęgnacji. Nie chodzi też o krytykowanie kobiet, które lubią kosmetyki, zabiegi czy modę. Chodzi raczej o odzyskanie wolności wyboru. O przypomnienie sobie, że dbanie o siebie miało poprawiać jakość życia, a nie stawać się kolejnym źródłem presji.

Mam wrażenie, że współczesne kobiety coraz częściej marzą nie o perfekcji, ale o spokoju. Nie o tym, żeby wyglądać młodziej, lecz o tym, żeby przestać analizować każdą zmianę w lustrze. Nie o kolejnym zabiegu, ale o poczuciu, że są wystarczające takie, jakie są.

Może właśnie dlatego największym luksusem naszych czasów nie jest już ekskluzywny krem ani weekend w spa. Być może prawdziwym luksusem staje się możliwość odpuszczenia. Zgoda na to, że nie musimy nieustannie się poprawiać, optymalizować i ulepszać.

W świecie, który każdego dnia próbuje przekonać kobiety, że powinny być jeszcze piękniejsze, młodsze i bardziej zadbane, takie podejście wydaje się zaskakująco radykalne. A może po prostu zdrowe?

Zobacz także:


Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj swoje zdanie na ten temat

Twój mail nie zostanie nigdzie opublikowany