Człowieczeństwo nie wymaga heroizmu, wymaga małych aktów odwagi każdego dnia

Pomaganie jest aktem miłości, tylko co to oznacza w obecnych czasach? Po co pomagamy? Czy pomaganie drugiemu człowiekowi powinno być aktem heroizmu czy odwagi i czym różni się jedno od drugiego? O pomocy i człowieczeństwie w tych trudnych czasach rozmawiamy z Agatą Komorowską, certyfikowanym coachem, autorką książek i warsztatów dotyczących depresji, trudnych emocji, kryzysów, adopcji oraz życia z miłością i optymizmem.

OH: Bardzo często ulgę w poczuciu bezradności przynosi nam pomaganie. Czy wobec tego pomaganie drugiemu człowiekowi jest egoistyczne? 

Agata Komorowska: To zależy od tego po co pomagasz. Jeśli pomagasz by poczuć się lepiej na swój temat, pochwalić się fotkami z uchodźcami na FB, czy zdobyć czyjeś uznanie, to tak, w takim wypadku pomaganie jest czysto egoistyczne. Robisz to nie dla drugiego człowieka, tylko dla swojego EGO. Stąd nazwa „egoizm”,  jak alkoholizm, albo pracoholizm – czyli uzależnienie od głaskania własnego ego.

OH: Powiedziałaś też, że pomaganie jest aktem miłości – to pięknie, ale miłość potrzebuje też wzajemności, a pomaganie zdaje się być jednokierunkowym aktem…  

A.K.: Z takiego pojęcia miłości rodzi się większość nieszczęść na świecie. Kochamy za coś, albo po coś – w zamian za zaspokojenie własnych potrzeb (finansowych, seksualnych, emocjonalnych, mieszkaniowych…). Oczekujemy wzajemności wyrażonej w konkretny sposób. Jeśli jej nie dostaniemy, czujemy się oszukani, zawiedzeni i wykorzystani. Obrażamy się na bogu ducha winnego biedaka, któremu jeszcze przed chwilą byliśmy gotowi oddać nerkę, albo przynajmniej kawałek podłogi czy jadło z własnego talerza. Jeśli ten, któremu pomagamy nie wyraża wdzięczności w oczekiwany przez nas sposób, albo nie chce przyjąć pomocy w postaci jaką uznaliśmy dla niego/niej za najlepszą, to staje się w naszych oczach niewdzięcznikiem, a nawet wrogiem. Taka miłość i płynące z niej pomaganie, to nic innego jak handel wymienny: ja Ci pomogę, Ty mnie za to kochaj, uwielbiaj, wychwalaj.

Tymczasem prawdziwa miłość jest bezwarunkowa. To oznacza BEZ ŻADNYCH WARUNKÓW.

Zobacz miłość rodzica do dziecka niepełnosprawnego – taki rodzic niczego w zamian nie może oczekiwać. To dziecko nie będzie nikogo utrzymywać na stare lata, nie będziemy mogli się chwalić jego osiągnięciami przed rodziną czy znajomymi. Często nawet nie potrafi tej miłości odwzajemnić albo okazać. Tacy rodzice nie kochają po coś. Oni po prostu kochają. Bezwarunkowo. Robią to co robią, bo kochają. Po nic. Dzieci są doskonałymi nauczycielami bezwarunkowej miłości. To jest prawdziwa miłość, która przynosi największą satysfakcję. Jeśli chcę konkretną rzecz/efekt, szansa jest znikoma, że akurat to otrzymam. Jeśli niczego nie chcę, otrzymuję wszystko: satysfakcję, radość, poczucie własnej wartości. Piękne, prawda? Tak, już słyszę, że to najprostsza droga do tego by ktoś nas wykorzystywał. Otóż poczucie wykorzystania wynika właśnie z niespełnionych oczekiwań. Wytłumaczę to na przykładzie Ukrainki, która miała u mnie zamieszkać. Tak jak wielu innych zaoferowałam wolny pokój dla uchodźców. Zgłosiła się dwudziestodwulatka w ciąży i z czteroletnią córeczką. Za pośrednictwem pracującej w Warszawie mamy pytała o możliwość pracy, przedszkole dla córki. Wszystko załatwiłam w ekspresowym tempie. Sąsiadka zaoferowała pracę, pediatra moich dzieci powiedziała jak moi goście mają się zarejestrować w przychodni. Miejsce w przedszkolu czekało dwie ulice dalej. Otrzymałam zdjęcie paszportu tej młodej kobiety i akt urodzenia córki. Z paszportu wynikało, że dziewczyna obchodzi urodziny w dniu, w którym ma się u nas pojawić. Kupiłam tort i prezent. Dla niej i dla jej córeczki. Żeby miały więcej prywatności uruchomiłam dodatkową lodówkę i wygospodarowałam osobny aneks z czajnikiem, kawą i herbatą. Poświęciłam na to wszystko kilka dni, angażując sąsiadów i znajomych. W dniu kiedy dziewczyna stanęła pod moją bramą byłam gotowa. Tort w lodówce, łóżko pięknie posłane… Byłam z siebie taka dumna. Oczami wyobraźni już widziałam jej zaskoczenie i zachwyt tak rodzinnym przyjęciem. Dziewczyna przyjechała z dzieckiem i ze swoją mamą. Wszystkie były przerażone i zmęczone. Jej czteroletnia córeczka miała czerwone od płaczu oczy i kurczowo trzymała się maminej kurtki. Spytałam czy są głodne. Pichciłam cały weekend żeby było dla powiększonej o moich gości rodziny. Dziewczyna weszła do pokoju i nawet nie zwróciła uwagi na prezenty, które wskazałam palcem, bo po ukraińsku ani słowa. Ona po polsku też nie. Za pośrednictwem mamy spytała o hasło do wifi. Podałam, a ona natychmiast zatopiła się w swoim telefonie. Tortu nie chciała. Zostawiłam gości w pokoju i poszłam podgrzewać obiad. Pobiegłam zaprosić na kawę zanim obiad będzie gotowy. Zastałam dziewczynę nadal w kurtce siedzącą na łóżku i tulącą zapłakaną dziewczynkę. Starsza pani zaczęła przepraszać, ale córka nie chce zostać. Boi się, bo tu jest las, obcy ludzie i słabe wifi. Przez wifi dziewczyna ma jedyny kontakt z mężem, który walczy w Ukrainie. Boi się zostać z nami sama w tym lesie, z dala od ludzi i bez języka. I wtedy mogłam się wkurzyć, albo… postawić się w jej sytuacji. Wielu się wkurza i wypisuje w social mediach, że Ukrainki żądają nie wiadomo jakich warunków, że kręcą nosem, że wybrzydzają. Ja wybrałam zrozumieć. Jak bym się czuła gdybym to ja mając dwadzieścia dwa lata i małą córeczkę wylądowała w obcym kraju, bez języka za to z ciążą, u obcych ludzi, w środku lasu. Mój dwudziestoletni syn, który dla mnie jest zupełnie niegroźnym dzieckiem, dla niej pewnie jawił się jako młody samiec, który nocą może… no wiecie co… A gdybym tak nagle z tą ciążą musiała iść do szpitala, a moja mała śliczna córeczka zostałaby sama z tymi obcymi, obcojęzycznymi ludźmi, którzy kto wie czy nie handlują żywym towarem… Na długość tych kilku myśli zanurzyłam się w skórze tej dziewczyny i zrozumiałam. Zrozumiałam, że byłam idiotką, która chciała być taka fajna i wyskoczyła z tortem jak Filip z konopii z gromnicą, kiedy jedyne o czym ta dziewczyna myślała, to jej mąż, który w każdej chwili mógł zginąć i córeczka, która kurczowo trzymała się jej kurtki. Nakarmiłam, zawiozłam na dworzec i życzyłam bezpiecznej podróży. Nie mogłam jej pomóc. Żaden tort nie był w stanie zmienić tego faktu. Mogłam strzelić focha, że taka rozwydrzona i tym samym dołożyć się do jej cierpienia. Halo, ale ja przecież miałam pomóc! Wszystko czego ona na ten moment ode mnie potrzebowała, to był gorący rosół, kawa oraz podwózka na dworzec. I dokładnie to jej ofiarowałam, bez żalu, że nie wzięła więcej. Bez żalenia się w mediach, że taka rozwydrzona, bo ja tu jej wszystko, a ona wzgardziła. Teraz rozumiesz? Bezwarunkowa miłość nie potrzebuje wzajemności od konkretnej osoby. Ona daje poczucie wszechogarniającej i wszechobecnej miłości. To tak jakbyś żyła zanurzona w miłości. Nie potrafię chyba tego określić bardziej obrazowo.

OH: Kiedy dochodzi do trudnych sytuacji, chcemy jak najwięcej pomóc, jak najwięcej dać z siebie… A co z naszymi własnymi zasobami? Z pustego przecież i Salomon nie naleje.

A.K.: No właśnie! W takich sytuacjach zawsze cytuję instrukcję bezpieczeństwa w samolocie: „Najpierw nałóż maskę tlenową sobie, potem dziecku.” Najpierw należy zatroszczyć się o siebie, i nie, to nie jest egoizm. To jest miłość do siebie i Twoich najbliższych, zwłaszcza Twoich dzieci. Słyszałam o koszmarnych incydentach, gdzie np ojciec kazał kilkuletniej córce oddać swojego ukochanego misia dla „biednych dzieci z Ukrainy”. Kolejni rodzice oświadczyli synowi, że będzie spał z nimi, a w jego łóżeczku przenocują ludzie z Ukrainy. Jak sądzisz, jakie emocje takie „akty dobroci” wywołały u tych dzieci? Czy będą one zalążkiem dobroczynności na przyszłość i pięknym początkiem braterskiej miłości do kolegów Ukrainców?Ja sama też wpadłam w tę pułapkę. Zbierałam ubrania dla uchodźców, udostępniłam mieszkanie, z którego właśnie się wyprowadziłam i miałam sprzedawać, bo wisi na nim pokaźny kredyt. Szykowałam pokój dla wcześniej wspomnianej mamy z córeczką, a moje własne dzieci czekały… Ada, moja dziesięcioletnia córka czekała aż ją wieczorem utulę w nowym pokoju, w którym bała się sama zasypiać.

Krystian, mój syn z zespołem Downa, czekał aż podłączę mu jego ulubione bajki. Moim dzieciom nie spadały bomby na głowę, więc mogły poczekać. I czekały. Aż w końcu Ada przyszła i spytała kiedy nareszcie wymienię jej kołdrę na grubszą, bo ona co noc marznie… No i głupio mi się zrobiło…Mieszkanie, w którym mieszka obecnie rodzina z Ukrainy też muszę wystawić na sprzedaż, bo ja kredyt płacę, a mnie nikt na ten kredyt kasy nie daje. Rodzina, która w nim zamieszkała na trzy dni, mieszka już drugi tydzień. Powiedziałam więc z całą miłością bezwarunkową jaką ich darzę, że muszę wystawić mieszkanie na sprzedaż, więc mogą mieszkać do końca tygodnia. Potem mogę ich zawieść gdzie zechcą. Mogę pójść z nimi do urzędu po PESEL, mogę im pomóc w znalezieniu stałego miejsca do mieszkania.

Tyle mogę zrobić, więcej nie.

Wyjeżdżają za dwa dni do rodziny w Niemczech. Ważne by umieć stawiać granice, by szanować przyjezdnych, siebie i własne dzieci na równi. Nikogo nie stawiać na pierwszym miejscu, bo każdy zasługuje na miłość, szacunek i wsparcie, Ty i Twoje dzieci też. Dlatego dzielić się można tym co się ma i dawać tyle, by starczyło dla Ciebie i Twoich najbliższych. Gdybym zgodziła się na dalsze mieszkanie moich gości płacąc comiesięczny czynsz i ratę kredytową, szybko poczułabym się ofiarą własnej dobroczynności, a winą obarczyłabym moich gości, którzy przecież mieszkają u mnie dokładnie tyle ile ja im na to pozwolę. Czyż nie tak? Nadal chcę pomagać i mogę udostępnić pokój w moim domu. Jednak wprowadziłam się do tego domu żeby mieć gdzie prowadzić moje warsztaty. Na ile byłoby to możliwe gdyby między moimi słuchaczami biegała czterolatka, a za ścianą płakało nowonarodzone dziecko… Jakoś wcześniej o tym nie pomyślałam. Teraz jestem gotowa zakwaterować dojrzałą kobietę ze starszym dzieckiem, którego obecność nie będzie uniemożliwiać prowadzenia moich warsztatów. Wojna wojną, ale pracować i żyć nadal trzeba.

OH: Czy to nie jest tak, że potrzebujemy aktów człowieczeństwa, że tęsknimy za tym, by być z drugim człowiekiem, a trudne momenty uruchamiają te potrzeby i dają im szansę się zrealizować?  

A.K.: O tak! Uwielbiamy wielkie akty dobroczynności, ale zapominamy o dobroci w codzienności. Wiesz jaka jest różnica między heroizmem, a odwagą? Kiedy obce dziecko wpada do stawu, a Ty bez zastanowienia wskakujesz za nim by je ratować, to jest heroizm. Nie myślisz o tym co robisz, działasz pod wpływem chwili i adrenaliny. W ten sposób nie tak dawno na oczach żony utonął mężczyzna, który ratował psa. Odwaga wymaga zaplanowanego działania pomimo lęku. Matka, która zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma warunków na wychowanie dziecka, które nosi pod sercem i decyduje się oddać je do adopcji wykazuje się gigantyczną odwagą. Ludzie, którzy przełamują swoje lęki i starają się codziennie zrobić jeden krok w kierunku swoich marzeń wykazują się niezwykłą odwagą, zwłaszcza gdy wychodzą z depresji, nerwic i uzależnień. Tymczasem to akty heroizmu znajdują się na pierwszych stronach gazet, są najczęściej i najliczniej udostępniane w social mediach. Akty heroizmu są klikalne i sprzedawalne. Akty odwagi… nie zawsze. Dlatego jeśli ktoś chce być z drugim człowiekiem, pomóc drugiemu człowiekowi, to wymaga przemyślanego aktu odwagi. Świadomie otwieramy się przed drugim człowiekiem biorąc pod uwagę fakt, że możemy zostać odrzuceni.

Heroizm przynosi chwilową chwałę, ale pozostawia głód człowieczeństwa.

Jeśli potrzebujesz okazać człowieczeństwo drugiemu człowiekowi, zrób to w sposób przemyślany, pomimo lęku, pomimo wątpliwości. Takim aktem jest na przykład adopcja dziecka. Takim aktem może być przyjęcie pod swój dach rodziny, pod warunkiem, że robisz to za zgodą wszystkich członków rodziny i nikt z tego powodu nie ucierpi. Takim aktem człowieczeństwa może być kupowanie jedzenia bezdomnemu, którego widujesz codziennie jadąc do pracy. To jest człowieczeństwo, które jest światu najbardziej potrzebne. Człowieczeństwo rzadko wymaga aktów heroizmu, wymaga małych aktów odwagi każdego dnia. 

OH: Każda emocja, która mieszka w nas przechodzi różne etapy – zwykle na początku są to bardzo silne odczucia i motywują nas do działania. Co zrobić, żeby trwać i działać, gdy pierwsze emocje już opadną? 

To jest zupełnie naturalny proces. Nie da się funkcjonować non stop na najwyższych obrotach. Jeśli to co robimy dla drugiego człowieka jest aktem heroizmu, czyli efektem działania pod wpływem chwili, adrenaliny i gwałtownego skoku na główkę, to raczej masz gwarancję, że za dzień, tydzień, czy miesiąc znienawidzisz to swoje pomaganie i skrzydełka Ci opadną. Jeśli pod wpływem altruistycznych emocji chwili oddajesz uchodźcom swoje łóżko, a sama śpisz na podłodze, to pierwszego ranka wstaniesz lekko połamana ale dumna z siebie. Dwudziestego ranka, wszystko będzie Cię bolało. „Biedni Ukraińcy” panoszący się od rana po kuchni i wylegujący w Twoim łóżku staną się niechcianymi intruzami, a Tobie nie starczy tego początkowego altruizmu i adrenaliny, by witać ich codziennie gorącą kawą i dobrym słowem. Jeśli jednak Twoja decyzja będzie aktem odwagi, czyli w przemyślany sposób wygospodarujesz miejsce dla Twoich gości, jasno określisz reguły korzystania z łazienki i kuchni i sama przy tym zadbasz o swoje potrzeby, to to jest energia długodystansowca. Będziesz mogła wytrwać w takim pomaganiu bardzo długo.

OH: Bardzo często podejmujemy w życiu decyzje pod wpływem emocji – zdarza się, że racjonalnie potem tego żałujemy. Jak zaufać sobie – wierzyć, że to, co podpowiada nam serce jest słuszne? Rozsądek przecież nie zawsze musi wygrywać? 

Kiedy mówisz, że rozsądek nie zawsze musi wygrywać to sugerujesz jakąś walkę między sercem, a rozumem. Tymczasem one mogą współpracować. Serce mówi „Jejciu, pomóżmy tym biedakom!”, a Rozum na to „OK, zastanówmy się jak to mądrze zrobić”. W ten sposób wszyscy wygrywają, a właściwie to nie ma tu żadnej gry. Jest spokój, miłość i szacunek. 

OH: „Człowiek potrzebuje człowieka, żeby być człowiekiem” – jak rozumiesz te słowa?

Każdy napotkany człowiek jest odpowiedzią na nasze potrzeby, a nasza reakcja na niego jest lustrzanym odbiciem naszego osobistego człowieczeństwa. Ostatnie lata od początku pandemii bardzo wyraźnie to pokazują. Widzę w ludziach ogromną ilość rozgoryczenia, frustracji i złości. Te emocje okazywane są w codzienności. Przy parkometrze, kiedy nie możesz poradzić sobie z biletem, a człowiek za Tobą zamiast pomóc, wścieka się i pogania. W miejscach publicznych, gdzie jeden człowiek boi się drugiego, bo tamten kichnie. Dzielą nas maski, szczepienia, polityka, wartości i poglądy na każdy temat. Żyjemy w niekończącym się lęku, najpierw przed wirusem, teraz przed wojną.

Rzuciliśmy się na to heroiczne pomaganie żeby znowu poczuć się człowiekiem, żeby się do drugiego człowieka zbliżyć.

Jeszcze niedawno byliśmy gotowi wydrapać oczy smarkaczowi, który wszedł do sklepu bez maski, a teraz wszyscy szturmujemy zatłoczone uchodźcami dworce, nie zważając na to, że wielu jest chorych. To pokazuje jak bardzo byliśmy głodni tego drugiego człowieka, tych ludzkich interakcji, dotyku, bycia z i dla drugiego człowieka. I czasem potrzebne jest takie heroiczne pospolite ruszenie by naród się zjednoczył i przestał bać. Mam tylko nadzieję, że po pierwszym szaleństwie ta pomoc będzie już bardziej aktem odwagi niż heroizmu. Jeśli jako społeczeństwo oddamy wszystko, to za chwilę zaczniemy się bać, że nie starczy dla nas… A to najprostsza droga do wrogości i poczucia krzywdy, które dzielą i sprowadzają nas z powrotem do roli ofiary tych „ciężkich czasów”. Warto też pamiętać o innej kwestii, otóż Rosjanin i Białorusin to też człowiek. Nie przerzucajmy swojej złości na niewinnych ludzi. Człowiek to człowiek i żeby być człowiekiem, każdego należy traktować z szacunkiem i miłością. To jest esencja człowieczeństwa.

Dziękuję za rozmowę,
Justyna Smolińska


Agata Komorowska – certyfikowany coach, autorka książek i warsztatów dotyczących depresji, trudnych emocji, kryzysów, adopcji oraz życia z miłością i optymizmem. www.agatakomorowska.pl


Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj swoje zdanie na ten temat

Twój mail nie zostanie nigdzie opublikowany

Copyright 2021