Siła matki, siła kobiety #herstory

Moja historia ma 41 lat 🤣 Wciąż ich nie czuje, ale pesel pokazuje, że się nie mylę. Kiedyś było inaczej.

Zacznę od 2016 – roku, który rozpoczął zmiany w moim życiu. Dość traumatyczny, ale czasem te największe życiowe dramaty są impulsem, który daje siłę i zmienia na lepsze. Wcześniej byłam żoną, matką, pracownikiem. Zawsze w ramkach od… do…, zgodnie z powszechnie akceptowalnym schematem. Później trudny rozwód, przeorganizowanie życia i punkt zwrotny, którym były narodziny mojej drugiej córki. Zazwyczaj to jeden ze szczęśliwszych momentów. U nas tak nie było. Mela urodziła się „niekompletna” – z wadami kończyn. Przez miesiąc walczyła o życie, a ja próbowałam walczyć ze swoją głową. Pierwsze dni były wypełnione łzami. Nie wiedziałam, że człowiek może nieustannie płakać, ale nie potrafiłam nad tym zapanować. Na szczęście byłam na tyle świadoma, żeby szukać wsparcia. Trafiłam do fantastycznej psycholożki, która postawiła mnie do pionu. Zaczęła się walka. Już bez łez. Za to z ogromnym uporem. Kiedy Mela wyszła ze szpitala, poza tysiącem badań miala już rozplanowaną fizjoterapię, złożony wniosek o orzeczenie o niepełnosprawności i opinię o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju. Działałam jak maszyna z uporem maniaka szukając ostatecznej diagnozy i sposobów na usprawnienie Meli. I wtedy spadł kolejny cios. Moja mama, która była dla mnie ogromnym wsparciem przegrała walkę z nowotworem. Na chwilę straciłam siłę. Znów byłam zagubionym dzieckiem, które nie ogarnia rzeczywistości. Nie jest łatwo być samodzielną matką. Taka w 100% samodzielną, bo nie miałyśmy nikogo, kto mógłby nas wesprzeć. Było źle. Uratowała mnie świadomość, że moje dziewczyny mają tylko mnie i jeśli nie pozbieram się, to źle się to skończy. Zaczęłam od nowa organizować nam życie, szukać sobie czegoś co da mi poczucie równowagi, motywację, siłę… Tak wpadłam na pomysł mini bloga. Taka forma autoterapii poprzez uwalniania tego co siedzi w mojej głowie. Pierwotne założenia szybko ewoluowały. Anonimowe posty szybko przyciągnęły zainteresowanie. Zrozumiałam, że są ludzie którzy potrzebują tego co piszę. Z czasem pokazałam kim jestem, otworzyłam się bardziej. Poza swoimi odczuciami zaczęłam komentować system, podpowiadać jak z niego korzystać itd. W międzyczasie przyłączyłam się do grupy pomagającej w kwestiach związanych z orzecznictwem. Zaczęłam pisać pozwy i odwołania tym, którzy zostali skrzywdzeni przez system. Chwilę później nawiązałam kontakt ze stowarzyszeniem (wtedy jeszcze nieformalną inicjatywą) wspierającym rodziców i opiekunów i tak doszła kolejna cegiełka do moich codziennych zajęć. Kontynuowałam też to, co zaczęłam chwilę po założeniu bloga, czyli pisanie (nie) poradnika dla rodziców takich jak ja. We współpracy z moją przyjaciółką, która poza tym, że jest świetnym psychologiem, jest też osoba z niepełnosprawnością, więc jej perspektywa jest znacznie szersza niż moja. (nie) poradnik to zbiór informacji jak odnaleźć się w realiach systemowych, jakie wsparcie i gdzie można uzyskać. Druga część to nasze osobiste odczucia i refleksje dotyczące tego jak żyć „z niepełnosprawnością”, a nie „niepełnosprawnością”. Taki dekalog rodzica/opiekuna pozwalający na „normalne” życie… Czymkolwiek jest normalność 😉 Wszystko to co robię jest dla mnie namiastką zwyczajności. Dzięki temu pozbyłam się syndromu pasożyta. Brak aktywności zawodowej, brak równowagi między byciem matka a całą resztą nie służy psychice. Dlatego tak ważne jest znalezienie czegoś, co pozwoli choćby w minimalnym stopniu tę równowagę odczuć. Nie znaczy to, że znalezienie zajęcia sprawia, że wszystkie problemy odchodzą. Niestety to tak nie działa. Zawsze może zdarzyć się coś, co ciągnie w dół. U mnie tym czymś była depresja, która dopadła mnie rok temu. Nagły i niespodziewany strzał w plecy. Pojawiła się nagle, niespodziewanie. Obudziłam się rano i bolało mnie wszystko. Każdy centymetr ciała. Ból, którego nie potrafiłam nazwać ani opisać. Płakałam bez powodu, albo z jakiegoś, który w normalnej sytuacji nie wywołałby większych emocji. Płakałam, bo musiałam. Bo czułam, że nie potrafię tego zrozumieć ani nad tym zapanować. Czułam nieopanowaną potrzebę snu. Mogłabym przespać całą dobę. Mogłabym, ale nie mogłam. Nie mogłam, bo musiałam żyć. Musiałam zająć się dziećmi, domem… Tylko jak jeśli nie miałam siły prać, sprzątać, gotować…  Zmuszałam się do wstania z łóżka. Robiłam tyle ile musiałam. Resztką sił, żeby przetrwać. Nie jadłam, bo nie czułam głodu, bo nie pamiętałam… Wieczorem zasypiałam, żeby rano obudzić się z panicznym lękiem. Nie mogłam oddychać. Łapałam powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. Panicznie bałam się dnia. Tego, że muszę wstać i żyć. Chciałam żyć, ale nie miałam siły. Dotarło do mnie, że potrzebuję pomocy. Nie haseł „dasz radę, weź się w garść, będzie dobrze…”. To nie pomaga. Nie pomaga umniejszanie problemu ani stwierdzenia, że powinnam czymś się zająć. No bo jak kiedy wstanie z łóżka jest wysiłkiem niemal nie do pokonania. Trafiłam do psychologa, psychiatry, psychoterapeuty… Szukałam pomocy, żeby powoli małymi krokami odrodzić się na nowo. Żeby znów wstać rano z uśmiechem. Pomogła psychoterapia. Po pięciu miesiącach pożegnałam się z moją terapeutką. Nie wiem czy na zawsze czy na chwilę. Wiem jednak, że gdybym „brała się w garść” czy „przestała przesadzać”, wciąż miałabym ataki paniki przeplatane płaczem, przesypianiem połowy dnia czy brakiem siły na to, żeby wstać z łóżka. Dałam radę, zaczęłam od nowa. Znów na wysokich obrotach. Z jedną maleńka różnicą. Dziś umiem odpuszczać i odpoczywać. Wyczuwam moment kiedy tracę energię i potrzebuje przerwy. Pozwalam sobie na to, bo wiem, że tylko dzięki temu będę miała siłę na realizację kolejnych pomysłów. Najbliższy to powrót do aktywności zawodowej. Wiem, że nie będzie łatwo, bo wciąż pozostaje kwestia godzenia pracy z Melą. Nie bez znaczenia jest też 5-letnia przerwa. Mimo to wierzę, że znajdę swoją ścieżkę zawodowa szytą na miarę naszych rodzinnych potrzeb i możliwości. 

Podsumowując te 5 lat z mojej historii mogę stwierdzić, że dziś moje życie jest lepsze, bogatsze, szczęśliwsze. Ja jestem lepsza. Potrafię doceniać drobiazgi, cieszyć się tym co tu i teraz. Jestem szczęśliwa. Szczęśliwsza niż 20 lat temu. Wtedy łatwiej było mi dostrzec to co złe niż zauważyć ile dobra jest wokół. Myślę, że nawet wyglądam lepiej niż wtedy 😉 A z pewnością czuję się lepiej z samą sobą. Wreszcie lubię siebie i ta zewnętrzna powłokę i wnętrze. I co ważne lubię swoje życie. Wreszcie jest moje. Tylko moje, zgodne z moimi wewnętrznymi przekonaniami, bez ulegania presji otoczenia czy narzuconym normom. A moja historia? Pisze się dalej. Każdy dzień przynosi coś nowego, a dziś potrafię już cieszyć się zmianą.

2 komentarze

Dodaj swoje zdanie na ten temat

Twój mail nie zostanie nigdzie opublikowany

Copyright 2021